Małgorzata Mycek, Zuzanna Romańska, Helena Stiasny i Ola Szczodry zapraszają na wystawę do Borowik Foundation na Saskiej Kępie w Warszawie.
Wernisaż odbędzie się w sobotę 7 lutego w formie dnia otwartego, galeria będzie tego dnia czynna w godzinach 12:00–20:00.
Wystawa potrwa do 6 marca i będzie czynna w piątki i soboty w godzinach 12:00–18:00, lub za uprzednim umówieniem się.
Nieważne, jak bardzo bym się starał, mimo homoseksualizmu i queerowości wciąż jestem po prostu białym cispłciowym facetem z Europy. Uprzywilejowanym mieszkańcem patriarchatu i tej części świata, w której mało martwi się o byt. Z tej pozycji, jak inni mi podobni, myślę często o Imperium Rzymskim. Mężczyźni tak robią. Co najmniej od dwóch lat wiemy to na pewno z TikToka i nie tylko. Warto się do tego przyznać.
Od dzieciństwa pewna rzeźba nie daje mi spokoju. Tak, można być dzieckiem zaniepokojonym rzeźbami. Na przykład tymi starożytnymi. Na początku IV wieku naszej ery powstaje Grupa Tetrarchów. Antyczna rzeźba, która jakoś nie pasuje do antyku. Syntetyczne, zunifikowane sylwetki o sztywnych gestach, zamknięte w ciasnej kompozycji wzajemnych uścisków. Czterech władców, którzy zgodnie z reformą Dioklecjana wspólnie rządzili cesarstwem, gdy mozaiki nadal przedstawiały żywot Heraklesa, w świątyniach Westy płonął wieczny ogień, a w teatrach wciąż wystawiano Sofoklesa. Mimo to czwórka zgeometryzowanych postaci, z których każda dzierży miecz, wygląda jak z przyszłości. Z mroków, które, jak uważali nowożytni historycy, nastały po upadku Cesarstwa Zachodniorzymskiego, kiedy to germański wódz Odoaker obalił ostatniego cesarza Romulusa Augustulusa w 476 roku. Jednak to przecież umowna data końca, wybrana z potrzeby usystematyzowania przeszłości. Światy rzadko kończą się nagle i w jednym miejscu.
Zawsze bliższe było mi myślenie, że symbolicznie starożytność zakończyła się trochę później, wraz z zamknięciem Akademii Platońskiej w 529 roku. Albo, gdy porzucić męskocentryczną narrację o wojownikach pokonujących władców lub o władcach przepędzających filozofów, w 415 roku, wraz ze śmiercią Hypatii. Albo jeszcze wcześniej, kiedy to pewien anonim, gdzieś w północnym Egipcie, wyrzeźbił w niewdzięcznym i drogim porfirze Grupę Tetrarchów i przewidział przyszłość.
Tak jak śmierć Hypatii. Często o niej myślę. O tej aleksandryjskiej naukowczyni i filozofce, na której oczach znana jej cywilizacja namacalnie przestawała istnieć. Mimo płonących bibliotek i świątyń wciąż publicznie nauczała, przekazując wiedzę i etykę wypracowywaną przez setki lat. Wśród jej słuchaczy byli zarówno poganie, jak i chrześcijanie. Dwa ścierające się ze sobą porządki połączone wspólnym dziedzictwem. Taki świat miał szansę istnieć. Jednak życie Hypatii padło ofiarą polityczno religijnych walk o władzę. Wykształcona i szanowana, w świecie męskich konfliktów stała się doskonałą radykalną inną. Kozłem ofiarnym, którego zabicie mogło ukonstytuować nowy system. Oskarżono ją o czary. Prosty rachunek. Posiadała wiedzę, była więc wiedźmą. Tej matematyki na pewno nie znała. Publicznie ją poćwiartowano i wyłupiono oczy, te które widziały koniec cywilizacji.
Może dlatego Grupa Tetrarchów, choć uzbrojona, nie wygląda jak reprezentacja siły. Mocno przylegając do siebie i obejmując ramionami, przypomina raczej wspólnotę lęku uformowaną w czerwonym kamieniu. Być może zobaczyli przyszłość. W której po upadku Rzymu najpierw trafili do Konstantynopola, gdzie zmieniono im imiona, a potem po krucjatach, gdy jeden z nich stracił stopę, do Wenecji. Stoją do dziś na placu Świętego Marka, nieludzko pełnym turystów. W miejscu, które kiedyś pochłonie morze. Ta wizja nie daje mi spokoju.
Brak spokoju jest nasz. Jest wasz. Jest Małgorzaty Mycek, Zuzanny Romańskiej, Heleny Stiasny i Aleksandry Szczodry, którzy w swoim malarstwie dokumentują nie tylko kolejną cywilizacyjną „burzę i napór”, ale też trudne do nazwania przekształcenia rzeczywistości. Werbalny język szuka dla nich formy. Udaje się to językowi artystycznych gestów zapisanych alfabetem farby i płótna. Ich tworczość przekracza własną historię i utrwalone symbole, wypełza z ram i rozlewa się poza nie. Jak u Stiasny, u której naga Walkiria galopuje wprost na widza, a Europa ujarzmiła byka. To feministyczne przepisanie mitologii i archetypów pojawia się także u Szczodry, która proponuje nowe, niemęskie czytanie historii o Erosie i Psyche, widząc w niej klucz do kobiecości. Romańska podważa dawne kosmologie, tworząc własną, w której punktem centralnym jest wschód Europy, a głównymi postaciami zamiast herosów są mieszkanki bezimiennego Miasta. U Mycek postaci zrywają z klasycznymi formami, przechodząc w ludzko zwierzęce hybrydy. Gesty czwórki osób artystycznych wspólnie wymykają się klasycznym opisom. Prowadzą ku afektowi, który skłania do odczuwania.
W tym afekcie ostatecznie rozprawiają się z Rozprawami Seneki, a biadolenia Owidiusza wygnanego do Tomi budzą u nich jedynie uśmiech politowania, skoro twórca Metamorfoz aż tak słabo przystosował się do zmiany. W przeciwieństwie do czwórki kamiennych władców z przeszłości, wmurowanych w róg budynku i trwających w napięciu wobec przyszłości, Mycek, Romańska, Stiasny i Szczodry wybierają czynny udział w teraźniejszości. Proklamują własną republikę. Zbudowaną nie z wyobrażeń o białych kolumnach i udrapowanych togach, lecz z ciała i krwi. Z pulsowania tkanek zasilających ich czwórwładzę. Której konstytucja jest apatriarchalna i zapowiada nowy porządek.
I to daje mi spokój.
AUTOR TEKSTU DO WYSTAWY: Kamil Kuitkowski
/Materiał prasowy ogranizatora./
